Wyszukiwanie

Polecamy strony

Licznik

Liczba wyświetleń:
8093702

Statystyki

stat4u

Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan

Spełniły się słowa Izajasza: Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło. Każdy wierzący Żyd mógł wołać za psalmistą: Pan moim światłem i zbawieniem moim, kogo miałbym się lękać? Pan obrońcą mego życia, przed kim miałbym czuć trwogę? Bo przez Ziemię Obiecaną szedł Mesjasz, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu. I powoływał swych uczniów, aby przygotować ich do głoszenia dobrej nowiny o zbawieniu.

I poszli na krańce ziemi a pod wpływem ich słów i znaków rzesze się nawracały i przyjmowały chrzest. I było ich więcej i więcej. Starali się być jednością, a gdy rodziły się problemy, słuchali Apostoła Narodów, który pisał: Upominam was, bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście byli zgodni, i by nie było wśród was rozłamów; byście byli jednego ducha i jednej myśli. Doniesiono mi bowiem o was, bracia moi, przez ludzi Chloe, że zdarzają się między wami spory. Myślę o tym, co każdy z was mówi: Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa. Czyż Chrystus jest podzielony? Czyż Paweł został za was ukrzyżowany? Czyż w imię Pawła zostaliście ochrzczeni? I zostawali jednością.

Wydawało się, iż zawsze tak będzie; że spełni się modlitwa Jezusa z Wieczernika, o której tak dramatycznie pisze Jan Ewangelista – że zostaną jednością, aby świat poznał, iż Bóg go posłał. Ale tak się nie stało. Upłynęło co prawda tysiąc lat, ale przyszedł pierwszy podział na Wschodzie a kilka wieków później na Zachodzie i z jednego Kościoła Jezusa Chrystusa wyłoniły się Kościoły prawosławne i protestanckie – a nie był to koniec podziałów.

Trudno o tym nie mówić w niedzielę Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan, dostrzegając równocześnie ludzką pychę, małość i głupotę, które stanęły u początku podziałów. Jak ongiś w raju – my wiemy lepiej.

Co nam dziś zostaje? Nadzieja, że tam, na samej górze trwać będzie dialog ekumeniczny, choć niełatwy, bo bólu, krwi i żalu nikt łatwo nie zapomina. Modlitwa, bo ona jest w stanie zmieniać powoli ludzkie serca i przynaglać Boga, by wspierał swą łaską ludzki trud dążenia do jedności. Postawa, bo spotykając chrześcijanina innego wyznania, spotykamy człowieka, z którym wiele nas dzieli, ale łączy chrzest – i czy tego chcemy czy nie – braterstwo wobec Boga.

I jeszcze jedna rzecz powinna nam zostać: troska:

·      O jedność z Bogiem – sami nie zmienimy siebie – po to jest sakrament pojednania i Eucharystii, aby nam było łatwiej;

·      O jedność z bliźnimi – jesteśmy podzieleni nie tylko religijnie, ale społecznie i politycznie a podział sięga nawet rodzin;

·      O jedność ze sobą > wszak miłość bliźniego zaczyna się od siebie; ktoś, kto nie pokocha siebie i swojego losu, nie pokocha nikogo innego.

Pomyślmy o tym w Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan.

 

    Wasz Proboszcz

Bliźniemu swemu

W niedzielę, 22 stycznia, w Strzyżowskim Domu Kultury po raz kolejny rozpocznie się Koncert Charytatywny. Grupa młodych, uzdolnionych ludzi, dla których muzyka jest wartością i pasją, przygotowała koncert kolęd i zaprasza do udziału w szczytnym celu - pomocy dwóm chorym braciom: Krzysiowi i Piotrusiowi. Caritas parafialna ma też w tym swój udział, ale nie to jest najważniejsze - w końcu do normalnych zadań tej grupy należy pomoc potrzebującym. Mnie imponują owi młodzi ludzie z grupy WNIEBODŹWIĘKI, którzy nie pierwszy raz i nie tylko w Domu Kultury rozpalają nasze serca muzyką i śpiewem "od serca". 

Dlaczego o tym chcę napisać? Z bardzo prostej przyczyny: Oni są - przynajmniej dla mnie - znakiem. O młodych mówi się różnie, bo i młode pokolenie jest dość skomplikowane. Niekiedy diagnoza jest przerażająca. Tu natomiast spotykamy osoby wrażliwe nie tylko na muzykę, która podobno łagodzi obyczaje, ale także na niedolę drugiego człowieka. A to już jest coś niezwykle wartościowego, w czasach, które bardziej sprzyjają egoizmowi niż miłości bliźniego. 

Takie postawy budzą nadzieję, że nie wszystko przegrane i stracone - jak niektórzy wieszczą. Takie postawy budzą szacunek i powinny być swoistą prowokacją, by każdy z nas zapytał siebie o swą wrażliwość na biedę drugiego - zarówno tę materialną jak czasem też moralną, której trudniej zaradzić.

Zachęcam więc, aby było nas jak najwięcej na Ich koncercie. Abyśmy otworzyli swe uszy na śpiew a portfele - w miarę możliwości - na wsparcie rodziny, która nie poradzi sobie sama z chorymi dziećmi. I ma rację ten, kto powie, że znów wyręczamy państwo i rozmaite instytucje. To prawda. Ale jest też inna prawda. Z Jerycha do Jerozolimy szedł człowiek. Okradziony i poturbowany, leżał przy drodze. Przechodził kapłan i nie chciał go zauważyć, oślepł na chwilę przechodzący lewita - ludzie, którzy z urzędu powinni się pochylić nad potrzebującym. I był wreszcie Samarytanin, pogardany i znienawidzony przez Żydów. On dopiero pomógł i zatroszczył się o pokrzywdzonego.

Ta przypowieść Jezusa jest wciąż aktualna i niepokojąca zarazem. Z jaką postacią utożsamimy się w niedzielne popołudnie 22 stycznia?

Wasz Proboszcz

Nowy Rok bieży...

 Nad Jeziorem Genezaret, w miejscowości Tabgha, stoi niewielki kościół a niedaleko niego rzeźba, bardzo wymowna. To dwaj mężczyźni, w których pielgrzymi rozpoznają bez trudu Jezusa i Piotra. Apostoł klęczy z rozłożonymi rękami a zmartwychwstały Pan, wyciąga nad nim rękę – jakby z jednej strony go uspokajał, a z drugiej wskazywał bezkres „Morza Galilejskiego”, pokazując równocześnie drogę – „Pójdziesz hen, nauczać o Bożej Miłości”.

 

Św. Jan w 15 rozdziale swej Ewangelii opisuje dramatyczny dialog Mistrza i ucznia, który się zaparł. Ale zobaczmy – Jezus wcale nie pyta Piotra ani o to, dlaczego to zrobił, ani o to jak się wówczas czuł, ani o to nawet, czy żałuje. Jezus pyta Piotra o miłość: „Czy miłujesz Mnie?”. Innymi słowy można powiedzieć: Jezus nie jest zainteresowany fatalną przeszłością swego ucznia; Jego interesuje to, czy Piotr chce z miłością odpowiedzieć na wciąż taką samą miłość Jezusa; czy jest gotów uwierzyć, że Jezus nadal pozostał jego Przyjacielem.

 

Dlaczego akurat o tym chcę napisać u początku 2017 roku? Bo mam wrażenie, że Nowy Rok może stać się dla każdego z nas taką Tabghą, gdzie Jezus mówi: Przeszłość, nawet jeśli jest naznaczona grzechem, nie liczy się, jeśli jak Piotr zapłakaliśmy nad nią. Tak naprawdę liczy się to, czy wierzymy wciąż w taką samą miłość Jezusa i czy rozumiemy, że Jezus jest wciąż naszym Przyjacielem. Tak naprawdę to jest najważniejsze, bo tylko ta prawda może nam dodać skrzydeł i pomóc przezwyciężyć własną małość.

W nowym roku duszpasterskim, jaki rozpoczęliśmy w I niedzielę Adwentu, hasłem przewodnim stały się słowa Chrystusa: „Idźcie i głoście!” Spróbujmy zobaczyć analogię z życiem Piotra. Po uświadomieniu sobie tego, co wydarzyło się nad Jeziorem Genezaret, wyruszył w podróż ewangelizacyjną, która zaprowadziła Go aż do Rzymu. I aż po śmierć był już wierny.

 

Życzę serdecznie, abyśmy w Nowym Roku uwierzyli w przyjaźń Jezusa, pomimo naszych grzechów. Życzę też, abyśmy dzięki tej wierze umieli głosić Jezusa na różne sposoby i w różnych miejscach, w zależności od tego kim jesteśmy i co robimy. Nie każdy stanie na ambonie, ale każdy wśród swoich najbliższych może być zwyczajnie dobrym człowiekiem, z życzliwym słowem, zrozumieniem, umiejętnością przeproszenia i umiejętnością przyjęcia przeprosin. Starajmy się tworzyć nasze relacje w oparciu o jeden podstawowy fakt: jesteśmy dziećmi tego samego Boga i przez chrzest pomiędzy nami tworzą się relacje niezwykłej bliskości. Niech ich nie zniszczy polityka, zazdrość, złośliwość języka.

Nowy Rok bieży…

Wasz Proboszcz

Tajemnica Bożego Narodzenia

Boże Narodzenie wciąż takie samo

Oczekiwaliśmy pierwszej gwiazdki. A wcześniej była choinka, częściej pachnąca niż sztuczna, z igliwiem kłującym w dłonie. Trzeba ją było obstalować w podstawie z trzema krasnalami a potem ubierać. Łańcuchy, lampki, bańki, słodycze. Potem trzeba było ubierać siebie i gdy już ta pierwsza gwiazdka zaświeciła, rozpoczynała się święta Wigilia. Jedyna taka w roku, oczekiwana. Sianko, śnieżnobiały obrus, dania specjalne i opłatek, z którym podchodziło się do każdego z ciepłym słowem. I czasem niepokojący rzut oka na drzwi, czy ktoś nie przyjdzie, bo przecież czeka jedno puste miejsce przy stole. Bo to taka noc, że nawet obcy jest swój.

Potem kolędy, opowieści, wspomnienia. Czasem pod choinką prezent od Aniołka. Wreszcie wyprawa na Pasterkę, po śniegu zmrożonym, co chrzęścił pod nogami. I głośne „Wśród nocnej ciszy…”, które śpiewali wszyscy z takim przejęciem, jak nigdy. W kościele szopka. Niby taka sama jak zawsze, ale wciąż inna, do której się zaglądało dziecięcymi oczami, aby sprawdzić, czy On się narodził. I Święta. Stoły zastawione, goście radośni. Tak było inaczej. Może dlatego, że byliśmy dziećmi i mieliśmy inne serca i oczy.

Dorośliśmy. Tak wiele się zmieniło. Niektórzy przybyli, niektórych zabrakło przy wigilijnym stole. Sztuczna choinka nie pachnie. Pomarańcz i mandarynka nie jest już wydarzeniem a i szynka częściej niż na święta. Krawczyk pokolęduje za nas. Zresztą, te kolędy od końca listopada w każdym markecie i w połowie reklam, więc się osłuchały. Z czego się cieszyć? Na górze spory, na dole nie lepiej. Kryzysem straszą. W domu też trudno, w pracy niełatwo, a tylu nie ma pracy. Jak tu mieć siłę na radość i takie same serca i oczy jak ongiś?

A On się wciąż rodzi. Przyszedł do swego narodu by mu przynieść nadzieję. Przyszedł powiedzieć człowiekowi, że Bóg go nie opuścił, a jeśli źle się dzieje, to dlatego, że człowiek opuszcza swego Boga. Przyszedł jako Dziecko, by się wpisać w ludzki los, od narodzin po śmierć. „Podobny do nas we wszystkim, oprócz grzechu…” (por. Hbr 4,15).

I na polską ziemię przyszedł przed tysiącem pięćdziesięciu laty. I rodził się, Miłosierny, niezależnie od tego, czy rządzili mądrzy królowie, czyśmy byli potęgą od morza do morza, czy nastała ciemna noc zaborów, okupacji, stalinizmu.

Świat się zmienia, człowiek się zmienia, a On wciąż przychodzi. Wciąż „wśród nocnej ciszy” rozlega się pieśń o Bogu wiernym człowiekowi. To nie jest sentymentalizm. Możemy co najwyżej się wzruszyć, że aż tak nas sobie upodobał.

Życzę serdecznie, aby te wydarzenia Świąt Bożego Narodzenia, spotkanie duchowe z Dzieciątkiem i spotkania z Bliskimi przyniosły wiele nadziei i wewnętrznej siły. Bo od tamtej Nocy świat nie jest już taki sam, choć daleko mu do doskonałości. I człowiek nie taki sam, choć nie jesteśmy ideałami. Zostaliśmy wpisani w Wielką Księgę Życia, by przez trud i codzienność przemieniać siebie i świat. Tylko Zły nam zazdrości, bo on nie ma takiej szansy. I podpowiada czasem, że trud o dobro w sobie i wokół siebie nie ma sensu; że wszystko jest jednakowo brzydkie i jednakowo piękne; że każdy wybór jest sensowny, byleby przyniósł nam korzyść; że nawracanie się jest elementem muzealnym a nawet śmiesznym i niepoprawnym.

Niech Bożonarodzeniowy Czas ze swymi wielkimi przeżyciami, w którym Bóg działa szczególnie, przyniesie nam i naszym Bliskim pokój, nadzieję i moc.

Wasz Proboszcz

 

 

Transplantersi

Transplantersi z naszego LO

Tak nazwała się grupa młodych ludzi ze strzyżowskiego LO, która podjęła się specyficznego zadania. Jak sami piszą: "Drugie życie" to akcja edukacyjna, która ma na celu promowanie przeszczepów narządów i popularyzację oświadczeń woli. Jesteśmy Transplantersi i jako grupa młodych ludzi, uczniów LO w Strzyżowie chcemy kształtować świadomość społeczną związaną z sytuacją polskiej transplantologii. Wciąż pozostawia ona wiele do życzenia...Zmieńmy to! Wspólnymi siłami zaszczepmy w sercach i umysłach młodych ludzi ideę transplantologii jako bezcenną pomoc drugiemu człowiekowi. (Zobacz: https://www.facebook.com/pages/Drugie-%C5%BCycie-Transplantersi-LO-Strzy%C5%BC%C3%B3w/768462593209570?sk=info).

Dzisiaj staną na placu kościelnym, aby propagować ideę zgody na pobranie narządów po śmierci, aby nawet wtedy być dobroczyńcą wobec potrzebujących. Jak to widzi Kościół w swoim nauczaniu – zobaczmy poniżej.

Jednoznaczność tego wezwania do pomocy wykładał w swoim nauczaniu Jan Paweł II, mówiąc choćby, że istnieje “heroizm dnia codziennego, na który składają się małe lub wielkie gesty bezinteresowności, umacniające autentyczną kulturę życia. Pośród tych gestów na szczególne uznanie zasługuje oddawanie organów, zgodnie z wymogami etyki, w celu ratowania zdrowia, a nawet życia chorym, pozbawionym niekiedy wszelkiej nadziei” (EV, 86). Takie przekonanie legło też u podstaw wypowiedzi katechizmowych, z których warto przytoczyć wybrane fragmenty: “Oddawanie narządów po śmierci jest czynem szlachetnym i godnym pochwały; należy do niego zachęcać, ponieważ jest przejawem wielkodusznej solidarności” (KKK, 2296), oraz: “Bezpłatne darowanie narządów po śmierci jest dopuszczalne i może zasługiwać na uznanie” (KKK, 2301).

W nauczaniu Kościoła podkreśla się ponadto zasadę fundamentalną dla całej personalistycznej etyki medycznej, że inwazyjne ingerencje medyczne – a do takich zabiegów należy zarówno eksplantacja, jak i implantacja przeszczepu – są niemoralne, jeśli bezpośrednio nie wyraził na nie zgody pacjent lub osoba, która go reprezentuje. W przypadku dawcy wyrażenie świadomej zgody – a więc po uzyskaniu adekwatnej informacji – jest warunkiem zasadniczym, gdyż nikt nie ma moralnego obowiązku oddania swoich organów lub tkanek, a jedynie właściwą formą oddania organu jest wolny dar jako akt miłości i międzyludzkiej solidarności. Na tym właśnie polega szlachetność tego czynu – oddać bezinteresownie część własnego ciała (coś z siebie) dla zdrowia i dobra innego człowieka. Wyraźna zgoda jest ważna także dlatego, że nie wszystkie transplantacje kończą się sukcesem, a biorca sam powinien rozstrzygnąć, czy decyduje się na ryzyko związane z tą formą terapii.

Przemyślmy więc dzisiaj ten problem i zobaczmy: to szlachetny czyn, ale nikt, nigdy i nigdzie nie może nas do niego zmusić. Bo do miłości nie da się przymusić nikogo. A taki dar, to jakby nie oceniać, dar z siebie drugiemu wypływający z miłości.

Wasz Proboszcz

Alleluja

Szli z pośpiechem, być może oglądając się za siebie. Chcieli być jak najdalej od tego miasta, które ukrzyżowało ich Mistrza, od zwycięskiego Sanhedrynu, który może już teraz radził, jak rozprawić się z resztą uczniów szalonego Rabbiego, który miał być Synem Bożym, a skonał kilkanaście godzin temu na przeklętym drzewie krzyża.

Po prostu uciekali, być może pieszcząc w sobie żal, że byli tak głupi i naiwni, że przez ostatnie trzy lata postawili na złą kartę Mistrza z Nazaretu. Bo im się wydawało, że wyzwoli Izraela, bo się spodziewali królestwa tysiącletniego, gdzie zasiądą na ministerialnych fotelach i syci władzy i chwały będą panować nad wrogami. Tak miało być – a teraz to tylko zgliszcza planów i ruiny marzeń.

Dyskutowali zażarcie nad swoim losem. Po paru chwilach dopiero zauważyli, że idzie z nimi Nieznajomy, zadziwiony ich dyskusją i dopytujący naiwnie, cóż takiego stało się w Jerozolimie, że są tacy poruszeni? Ludzie czasem dziwnie reagują. Niekiedy w podróży, przypadkowym osobom są w stanie opowiedzieć całe swoje życie i podzielić się wszystkimi swoimi kłopotami. Oni też opowiedzieli Mu wszystko. O swoim wybraniu, o zachwycie, o cudach, o nadziei i radości, i wreszcie o ukrzyżowaniu.

Zareagował spokojnie. Jak niesfornym uczniom zaczął wszystko wyjaśniać i tłumaczyć. Cytował proroków, wyjaśniał Pisma. Słuchali w zachwycie i z coraz większym zrozumieniem. Kiedy chciał się pożegnać, przymusili Go, aby zjadł z nimi kolację. I podczas tego posiłku wziął chleb, błogosławił… I kielich z winem tak samo. Skąd oni to znają? Kto wszystko tak samo już robił? Poznali Go. A miało Go nie być. A miał nie żyć! Zatoczony na grób potężny kamień miał zamknąć wszystko!

Chcieli się z Nim przywitać, uściskać, krzyczeć z radości, bo przecież nie przegrali, nie postawili na złą kartę, Mistrz z Nazaretu zmartwychwstał. Tylko Jego już nie było…

Życzę wszystkim odwiedzającym nasz portal – takiej samej przygody, jak mieli uczniowie zdążający do Emaus. Niech te Święta staną się dla Was i Waszych bliskich spotkaniem z Jezusem zmartwychwstałym, którego poznacie przy łamaniu chleba i który napełni Was taką mocą, że jak uczniowie z Emaus, wrócicie po Świętach do codzienności i swoim życiem będziecie świadkami tego, że Pan zmartwychwstał.

 

Wasz Proboszcz

Nie wszystek umrę

Listopad. Miesiąc odchodzenia. Idziemy na groby Bliskich, by potwierdzić, że odeszli i żyją w innym wymiarze. A myśl uparcie powraca, że idziemy ich śladami. Przemijamy. Codziennie nas odrobinkę mniej.

Cóż więc mamy zrobić? Smutnie zwiesić głowy i liczyć kolejne kalendarze albo zmarszczki i siwe włosy? To też się nam czasem przyda, ale to nie wszystko. Bo stojąc nad grobami, powinniśmy sobie przypomnieć jeden, ten jedyny: grób Chrystusa. Pusty grób Chrystusa.

I może gdzieś powinna zabrzmieć nam melodia znanej pieśni: Zwycięzca śmierci, piekła i szatana, wychodzi z grobu dnia trzeciego, z rana…

Czego się lękamy? Śmierci? Poniosła klęskę. Piekła? Zamknięte miłosierdziem i trzeba się postarać, aby tam trafić. Szatana? Pokonany, choć wciąż groźny, a najbardziej dla tych, którzy go lekceważą albo z niego szydzą. Grobu? Przecież pusty.

 Wracajmy z cmentarzy z nadzieją. Życie nie jest bajką, jest trudem. Czasem więcej w nim szarości niż kolorów. Ale, niezależnie od wszystkiego, obok nas idzie Zmartwychwstały. I gdy dopasujemy swój krok do Jego, dojdziemy do domu Ojca.

Zaproszeni do świętości

Bł. Papież Paweł VI

Dzisiejsza niedziela (19 października) niesie ze sobą wiele tematów. Niedziela Misyjna – myślimy więc o posłudze misjonarzy, a wcale ona nie taka prosta, wystarczy choćby posłuchać wspomnień Księdza Wojciecha, naszego Wikariusza, który 6 lat pracował na misjach albo Księdza Wiesława, będącego tam aż 11 lat.. To trud ludzi, którzy dosłownie wzięli sobie do serca misyjny nakaz Jezusa i wyruszyli w obco kulturowy świat, by tam głosić Dobrą Nowinę. I co ciekawe, opowiadają jak w Ameryce Łacińskiej czy Afryce ten nowy Kościół naprawdę żyje i wzrasta – w przeciwieństwie do usypiających Kościołów Europy.

 

Kończy się nadzwyczajny synod biskupów, który zajmował się problemami rodziny i choć wiele tu medialnej sensacji, sprowadzającej się praktycznie do pytania: „pozwolą czy nie pozwolą na przyjmowanie Komunii św. ludziom po rozwodzie?” – kwestia tu o wiele szersza. Trzeba trochę cierpliwości, bo każdy synod jest dyskusją, w której powinny nawet ścierać się różne opinie i jest po prostu elementem doradczym dla każdego papieża, który na tej podstawie opracowuje dokument zamykający i podsumowujący obrady.

Wreszcie ostatnie wydarzenie: beatyfikacja papieża Pawła VI. Myślę, że to postać znana przede wszystkim najstarszym, bo pamiętają jeszcze imię biskupa Rzymu, wymienianego w kanonie Mszy św. do roku 1978. To bardzo ciekawa postać. Miał sentyment do Polski, gdyż przez kilka miesięcy pracował przed wojną w warszawskiej Nuncjaturze. Podobno z tamtych czasów miał aż do ostatnich dni życia budzik, kupiony właśnie w Polsce. Ale zostawmy anegdoty. To człowiek wielkiej pobożności, wielkiej pracy i wielkiej kontestacji – bo stał na straży zasad moralnych w czasie wielkiej rewolucji kulturalnej roku 1968 i wprowadzania uchwał Soboru Watykańskiego II. To był jego wielki ból i cierpienie, kiedy słyszał słowa drwiny i krytyki nawet wśród swoich. Wielki samotnik wierny Mistrzowi. Warto poznać jego biografię.

 Ja natomiast dzisiaj chciałbym połączyć te wszystkie wydarzenia jednym mianownikiem, a jest nim ŚWIĘTOŚĆ. Bo zobaczmy: po to jest trud misjonarza, by zaproszenie do świętości przekazać innym; po to jest dyskusja synodalna, by przypomnieć co prowadzi do świętości; po to są beatyfikacje i kanonizacje by pokazać, że świętość jest możliwa.

Każdy ma swą drogę do świętości. Paweł VI, jako papież, nie mógł mieć takiej, jak Jan Kowalski, który jest piekarzem – i odwrotnie. Ale i jeden i drugi może zostać świętym. Powinniśmy to zrozumieć a może przede wszystkim uwierzyć.

Proszę wybaczyć osobistą dygresję, ale jako kleryk w tarnowskim Seminarium patrzyłem na płaskorzeźbę umieszczoną na ścianie w tzw. „górnej kaplicy”. Jej tytuł to „Ekstaza”, a przedstawiała twarz o ostrych rysach, wpatrzoną w niewidoczny punkt, umieszczony gdzieś wysoko i wydawało się, że wszystko się przestało liczyć, był tylko ten człowiek i Bóg. I nic więcej. Kiedy się patrzyło na nią, wydawało się, że między chłopakiem, który chce być księdzem a tym zatopionym w Bogu świętym wionie taka przepaść, że nigdy nie będzie można jej zasypać.

Tak sobie czasem wyobrażamy świętość a pobożne legendy i artystyczne wizje wyrywają tych ludzi z codzienności życia, czyniąc tak nierealnymi, że i świętość staje się nierealna. A tymczasem do świętości idzie się zwyczajnie, pracując na chleb dla rodziny; ucząc w klasie, gotując obiad, tańcząc na weselu, klęcząc przy konfesjonale, zatrzymując się przed przejściem dla pieszych i w tylu innych zwyczajnych sytuacjach. Ważne tylko to, by starać się w tym, co robimy być uczciwym wobec siebie, bliźniego i Boga.

A ksiądz Twardowski napisał po prostu tak:

Święci to także ludzie a nie żadne gąsienice dziwaczki

nie rosną krzywo jak ogórki

nie rodzą się ani za późno ani za wcześnie

 święci bo nie udają świętych

 na przystankach marznąc przestępują z nogi na nogę

Śpią czasem na jedno oko

wierzą w miłość większą od przykazań

 w to że są cierpienia ale nie ma nieszczęść

wolą klękać przed Bogiem niż płaszczyć się przed człowiekiem

nie lubią deklamowanej prawdy

ani klimatyzowanego sumienia

nie przypuszczają żeby z jednej strony było wszystko a z drugiej guzik z pętelką

stale spieszą się kochać

 znajdują samotność oddalając się od siebie a nie od świata

tę samotność bez której świat dostaje bzika

są tak bardzo obecni że ich nie widać

nie lękają się nowych czasów które przewracają wszystko do góry nogami

nie chcą być również umęczeni w słodki sposób jak na nabożnych obrazkach

niekiedy nie potrafią się modlić ale modlą się zawsze

chętnie wzięliby na indeks niejedną dobrą książkę

żeby bronić ją przed głupim czytelnikiem

nie noszą zegarków po to żeby wiedzieć ile się spóźnić

mają sympatyczne wady i niesympatyczne zalety

boją się grzechu jak fotela z fałszywą sprężyną

uważają że tylko pies jest dobry kiedy jest zły

nie mają i dlatego rozdają

 tak słabi że przenoszą góry

potrafią żyć i nie dziwić się odchodzącym

potrafią umierać i nie odchodzić

można o nich o wiele mądrzej pisać ale po co

trzymają się przyjaźni jak gawron gawrona

poznają późne lato po niebieskiej goryczce

słyszą na pamięć wilgi gwiżdżące przed deszczem

bawią ich jeszcze grzyby nieprawdziwe

 

 

Dzień Papieski

Dla młodszych to już historia. Dla starszych jeszcze wspomnienie. Tamten październik 1978 roku, biały dym, niedowierzanie i słowa powtarzane po wielokroć: Mamy Papieża. Papieża – Polaka.

Każdy wierzący w jakiś sposób towarzyszył Janowi Pawłowi II w Jego pontyfikacie. Śledziliśmy Jego wypowiedzi, wędrowaliśmy do Rzymu, by się spotkać; wędrowaliśmy za Nim po polskiej ziemi, by wsłuchać się w słowa Piotra naszych czasów. Aż do dnia śmierci. Aż do dnia kanonizacji.

Coraz bardziej odchodzi w przeszłość. Po nim był Benedykt, teraz obserwujemy Papieża Franciszka. A jednak coś zostało po tamtych latach i tamym pontyfikacie. Tak, jakby spełniało się przysłowie Starożytnych: “Non omnis moriar” – nie wszystek umrę.

Co zostało? Najpierw to, co widać: różne centra z łagiewnickim na czele, szkoły, ulice i place Jego imienia, mniej lub bardziej udane pomniki. Ale jest jeszcze jeden motyw, zwany “żywym pomnikiem”, który podobno najbardzie się spodobał Janowi Pawłowi II, gdy mu o tym powiedziano. To dzisiejsza akcja zbierania ofiar, aby je przeznaczyć na stypendia dla zdolnej, ale ubogiej młodzieży.

Co z nich wyrośnie? Trudno powiedzieć. Bywa i tak, że ktoś skończy Katolicki Uniwersytet Lubelski czy inną katolicką uczelnię a po latach staje się wiodącym ateistą. Ale najczęściej jest tak, że obdarowani są wdzięczni i mają świadomość kto im pomógł zdobyć wykształcenie. Właśnie Papież – Polak. I oby byli wierni Jego myśli i przekazowi wiary.

A my sami też spróbujmy się zastanowić – niezależnie od wieku – co nam zostało z tamtego dziedzictwa po Janie Pawle. Czy tylko sentyment? Czy tylko wrzucenie monety do puszki na fundację?

Czas biegnie szybko, wiele się zmienia, ale niektóre teksty św. Jana Pawła II są wciąż aktualne. Może trzeba do nich wrócić, zwłaszcza, że w dobie internetu tak łatwo to zrobić.

Zachęcam i zapraszam do tego. Bo to swoiste budowanie pomnika dla Papieża. W sobie…

Z wizytą u Matki

Cudowny obraz Matki Boskiej Strzyżowskiej

W pierwszą sobotę października, znowu do naszej świątyni przybędą pielgrzymi z dekanatu. Tak jest od kilkunastu lat. Co roku ksiądz proboszcz z kolejnej parafii przewodniczy Mszy św., mówi kazanie a parafianie biorą aktywny udział w liturgii. (W tym roku liturgię przygotowuje Grodzisko Strzyżowskie).

Warto przypomnieć, że wśród propagatorów kultu Maryi szczególne miejsce zajął biskup sufragan przemyski Andrzej Pruski , który dnia ósmego grudnia 1754 roku miał złożyć jako wotum dla obrazu Niepokalanego Poczęcia NMP szczerozłotą koronę na głowę Najświętszej Maryi Panny oraz księżyc pod jej stopy, w darze za uleczenie przed cudownym obrazem w Strzyżowie z ciężkiej choroby, co potwierdził znany wówczas lekarz rzeszowski Franciszek Ksawery Strasser.

 Według miejscowej tradycji szczególnym kultem i czcią otaczali obraz Matki Bożej Niepokalanej Bogarodzicy również konfederaci barscy. Konfederacją kierowały w znacznym stopniu względy religijne, a kult Niepokalanej Bogarodzicy, odgrywał w nim dużą rolę. Barwy biało - błękitne, używane do przedstawiania Niepokalanego Poczęcia NMP, zostały przejęte przez konfederatów do swojej symboliki. Konfederaci, w odróżnieniu od wojsk królewskich, w miejsce barw państwowych biało - czerwonych wprowadzili Białego Orła i "Pogoń" na tle Błękitu. "W poezji barskiej górującym tonem była ufność w pomoc Najświętszej Panny i cześć dla Niej, tak przylegająca do ducha rycerskiego, jak przylegał ryngraf z Jej wizerunkiem do piersi rycerza". Prawdą jest, że konfederaci barscy byli w okolicy Strzyżowa bardzo aktywni. Widząc zniszczenia, dokonane zarówno przez wojska konfederackie, jak i walczące z nimi wojska rosyjskie, konfederaci zwolnili w 1769 roku specjalnym pismem okoliczne wsie należące do opactwa koprzywnickiego od wszelkich świadczeń na rzecz wojska konfederackiego. Można więc twierdzić, że Strzyżów był mocno zaangażowany w konfederacji, a tradycja modlitwy konfederatów u stóp obrazu Niepokalanej w Strzyżowie znajduje w niej swoje uzasadnienie.

Ks. Adam Sikora podaje w swojej "Krótkiej historii", że: "We wtorek dnia piętnastego sierpnia 1769 roku przed cudownym obrazem Matki Bożej Niepokalanej w Strzyżowie, odbyło się zaprzysiężenie rozproszonych przez carskiego stupajkę generała Drewicza na terenach Rzeszowa dnia dwunastego sierpnia Konfederatów Barskich - w czasie nabożeństwa odprawionego przez ks. Kapelana Macieja Modliszewskiego, późniejszego prepozyta strzyżowskiego, w czasie którego podkomorzy sanocki i dziedzic Brzeżanki - Franciszek Trzecieski, ranny na "Psiarnisku" został cudownie uzdrowiony. Konfederaci złożyli wotum na obrazie Niepokalanej i po raz pierwszy odśpiewali zaintonowany przez kapelana swój późniejszy hymn bojowy: Panno Święta! - My sieroty [...]. Obecny Kazimierz Pułaski - dwukrotnie ocalony za przyczyną Matki Bożej przed wojskami carskimi - polecił do nowo poświęconego sztandaru biało - błękitnego z Orłem i Pogonią dodać podobiznę Matki Bożej Strzyżowskiej".

(Więcej informacji historycznych dotyczących obrazu Matki Bożej na stronie www. parafii kliknij)

Można więc powiedzieć, że mamy skarb, o którym od wieków wiedziało tak wielu ludzi. Przychodzili tu, czując szczególność miejsca. Nie zapominajmy i dzisiaj o Matce ze Strzyżowa. Czeka na nas zawsze, a szczególnie w środowych nowennach, gdzie prosimy w wielu intencjach a przede wszystkim tych, które otrzymujemy albo wrzucone do specjalnej skrzynki albo przesłane na adres Parafii.

Nie zapominajmy o tym.

 

 

 

 

Patron ludzi i miasta

Kilkanaście lat temu mogliśmy oglądać herby naszego miasta. Na każdym z nich widniała postać św. Michała, przedstawiona najczęściej w rycerskiej zbroi, z mieczem lub włócznią, a pod stopami zwycięskiego rycerza wił się szatan, zamknięty w symbolu straszliwego gada – smoka. To ciekawe i znamienne zarazem, że już przed wiekami z woli Strzyżowian, patronem ich grodu został św. Michał Archanioł.

W tym roku, tuż przed liturgicznym wspomnieniem trzech Archaniołów: Michała, Rafała i Gabriela, do naszej wspólnoty zawitała figura z Monte Sant Michael z Gargano. To szczególne miejsce, położone w południowo – wschodnim regionie Włoch z cudowną bazyliką. Bazylika ta od wieków była celem pielgrzymek nie tylko zwykłych ludzi, ale również papieży, świętych i władców. Wśród papieży pielgrzymujących do Monte Sant’Angelo przypomnijmy św. Gelazego I, św. Agapita I, św. Leona IX, św. Celestyna V, Aleksandra III, Grzegorza X, bł. Urbana II, Kaliksta II, który ogłosił Michała Archanioła „Księciem i opiekunem całego świata”. Przed wyborem na stolicę Piotrową udał się tam też św. Grzegorz Wielki, natomiast Bonifacy IX przyznał odwiedzającym to miejsce odpust zupełny. W grocie gościł też papież Leon XIII, autor słynnej modlitwy-egzorcyzmu do św. Michała Archanioła. Wreszcie 24 maja 1987 roku przybył tu z pielgrzymką papież-Polak Jan Paweł II.

Sanktuarium nawiedziło także wielu świętych – m.in. założyciel surowego zakonu kartuzów św. Bruno z Kolonii, św. Anzelm z Canterbury, św. Bernard z Clairvaux, św. Franciszek z Asyżu, który nawiasem mówiąc uznał się za niegodnego, żeby wejść do groty; św. Tomasz z Akwinu, św. Brygida Szwedzka, św. Jan Kapistran, św. Gerard Majella, św. Józef z Kupertynu, św. Alfons Maria de Liguori, założyciel redemptorystów, oraz św. ojciec Pio. Przybywali tu także władcy, by wymienić Ludwika II, Ottona III, Henryka II, Karola I Andegaweńskiego. Gościł tu także król Polski Zygmunt Stary.

W szczególny sposób zapisała się tutaj wizyta cesarza św. Henryka II, który jako pierwszy świecki otrzymał pozwolenie, by pozostać w grocie na noc. Wcześniej nikt nie odważył się na taki krok, z powodu wielkiego respektu, jaki budziło to święte miejsce. Powszechnie uważano bowiem, że nocą rządził w grocie osobiście sam św. Michał Archanioł. Uważano tak choćby z racji tego, iż wiele cudów zdarzyło się w grocie po zachodzie słońca. Potwierdzają to liczne świadectwa.

W tej figurze, która dzięki Księżom Michalitom wedruje po polskich parafiach, przybył do nas nasz Patron, abyśmy przez kilka dni mogli podjąć refleksję i modlitwę.

Wierzymy bowiem, że u początku dziejów zaistniał konflikt obecny aż do dnia dzisiejszego: konflikt między wiernością dobru a świadomym wyborem zła. Przez całe dzieje człowieka, począwszy od dramatu pierwszych ludzi, zło wciąż czyha, aby skłonić nas do powiedzenia Bogu za Lucyferem: NIE BĘDĘ SŁUŻYŁ! Wydaje się wręcz, że w ostatnich dziesięcioleciach obserwujemy nie tylko nasilenie tego procesu, ale ogromną jego różnorodność. Pojawia się wciąż rajska obietnica współczesnego węża: “Będziecie jako bogowie”: bez Tego, w którego wierzyli wasi ojcowie i dziadowie będzie wam lepiej, będziecie swobodniej żyć i będziecie szczęśliwsi. Ta pokusa jest zawsze atrakcyjna, bo człowiek wciąż bywa podejrzliwy i wciąż nie dowierza swemu Stwórcy, że wszelkie propozycje Boga są dane nam nie po to, by człowieka zniewolić, lecz by poprowadzić go ścieżkami doczesności do domu Ojca w niebie.

Ta refleksja jest nam potrzebna, bo w naszym codziennym bieganiu zatracamy nieraz świadomość, dokąd biegniemy i jaki jest naprawdę nasz cel. To refleksja dotycząca także wierności swym wyborom, jak kiedyś pisał Jerzy Liebert: “Uczyniwszy wybór na wieki, w każdej chwili wybierać muszę.” Chodzi bowiem o to, aby owe wybory prowadziły nas ku prawdzie, dobru i pięknu.

I tu przychodzi czas na modlitwę, bo doświadczamy własnej słabosci a przez modlitwę stajemy się silniejsi. Modlimy się bezpośrednio do Boga, ale jak nas uczył św. Jan Paweł II w treści swojej homilii w Tarnowie, możemy modlić się przez posrednictwo świętych i aniołów. To jest więc drugi wymiar tego wydarzenia, jakim jest spotkanie ze św. Michałem Archaniołem w jest figurze. Chcemy prosić, abyśmy umieli powtarzać za nim owe znamienne słowa KTÓŻ JAK BÓG? I nie tylko powtarzać, bo to łatwe, ale także potwierdzać to swoim życiem.

To modlitwa o to, abyśmy zrozumieli, iż bliskość Boga czyni nas nie tylko szczęśliwymi, ale obdarza ogromną godnością a co za tym idzie, daje zupełnie inne spojrzenie na pogmatwany świat. Spojrzenie pełne pokoju i nadziei. To nie znaczy, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pozbędziemy się trosk albo nie spotka nas rozczarowanie, ale w najgłębszych pokładach naszej jaźni będziemy napełnieni przekonaniem, że “wygrana” Boga jest także naszym sukcesem – doczesnym i wiecznym.

Nie wiem, jakie będą owoce tych dni. Jeśli będą, to dojrzeją w sanktuariach naszych serc i sumień. Mam jednak nadzieję, że za prczyczyną św. Michała, Bóg nas umocni i napełni pokojem. A On - Archanioł będzie czuwał nad nami i nad naszym Miastem, aby – choć może z trudem – wygrywało to co pełne PRAWDY, DOBRA I PIĘKNA.

Wirtualny spacer po świątyni

Zapraszamy do wirtualnego spaceru po naszej świątyni

KLIKNIJ

 

Dzisiaj jest

piątek,
24 lutego 2017

(55. dzień roku)

Święta

Piątek, Rok A, I Dzień powszedni

Poradnia rodzinna

Poradnia rodzinna, znajdująca się w budynku dawnej wikarówki jest czynna w każdą III niedzielę miesiąca od g. 16.00. Prosimy jednak, by wcześniej umówić się na spotkanie (duża liczba chętnych) z P. M. Ryszkowską - tel. 17 2763 538

Pomoc psychologa

PORADNICTWO PSYCHOLOGICZNE W PODEJŚCIU CHRZEŚCIJAŃSKIM

Jeśli szukasz pomocy, znajdujesz się w trudnej sytuacji, przeżywasz lęki - zadzwoń lub napisz P. JOLANTA BOBER - doradca, członek Stowarzyszenia Psychologów Chrześcijańskich

tel. 663 413 808, e-mail: bober.jolanta@gmail.com

Blok reklamowy